Początki owiane są mroczną tajemnicą historii tak, że nawet najstarsi
górale tego nie pamiętają. Legenda głosi, że Gorzów Wlkp. był pierwszą
osadą, z której wychodziła GRUPA ZŁOTA. Wodzem pielgrzymki był wówczas
ks. Edward Dajczak. Do mrocznych zagadek historii należy fakt wymarcia
tej grupy. Hipotez na ten temat jest wiele (tak jak z wyginięciem
dinozaurów).
Na całe szczęście w przyrodzie nic
nie ginie. Idea pielgrzymki odrodziła się we wspaniałym grodzie
Świebodzin. Dwaj najtwardsi pielgrzymi: Czesław Karatucha i ks. Robert
Tomalka przetrwali i zapoczątkowali ruch pielgrzymkowy w tym grodzie.
Najstarsza wzmianka autorstwa Świebody Anonima pochodząca sprzed
5760 . . . dni wspomina, jak to dzielni i wspaniali Don Tomalka i Sancho
Karatucha rozpoczęli formowanie grupy mającej w herbie "złoty znak".
Sceptykom wydawało się, że będzie to ich kolejna walka z wiatrakami, a
jednak stało się inaczej. Przy pomocy kilku zapaleńców rozesłano
pielgrzymkowe wici, na które odpowiedziało ponad 120 osób. Wszystkich
ich jednoczyła wspólna chęć pokonania wysiłku, trudności i aktów
pokutnych w drodze na Jasną Górę. Pragnęli się spotkać z Matką Bożą w
cudownym wizerunku Czarnej Madonny. Powstała zatem silna grupa, która 1
sierpnia roku pańskiego 1994 wyruszyła w trasę.
Dwanaście dni
marszu minęło jak mgnienie oka. Czas szybko płynął na wspólnej
modlitwie, śpiewie, poznawaniu siebie nawzajem, trwaniu we wspólnocie,
przeżywaniu wielu radości, oraz poznawaniu nowych ludzi i świadectw ich
życia. Dzielni pielgrzymi spali, w każdych możliwych warunkach i z
niejednego pieca jedząc chleb (no czasem bułki i smaczne placki). Czas
upływał twórczo za wyjątkiem wielu sytuacji, kiedy robiło się kawały,
które nie przystoją poważnym rycerzom, odbywającym tak daleką i
odpowiedzialną wędrówkę. Natomiast cały dobytek tych dzielnych ludzi
wiózł wspaniały, pięknie zdobiony wóz drabiniasty, o napędzie białego
rączego rumaka. Bezpieczeństwa strzegły tajne służby. Nad rozgrzanymi
głowami i znakomicie wyhodowanymi pęcherzami czuwała grupa medyków,
niekoniecznie dyplomowanych. Za to na nerwach grała wyśmienicie
skomponowana grupa muzyków (z pewnością nie disco polo).
W
trakcie wędrówki dołączały się do nas wędrowcy z innych grodów i osad.
Urośliśmy w kilkuset osobową grupę mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.
W ostatnim dniu marszu, kiedy na horyzoncie pojawiła się wieża
jasnogórskiego sanktuarium, wszyscy pielgrzymi padli na kolana.
Pokonanie ostatniego odcinka nie stwarzało problemu, gdyż wszystkim
urosły skrzydełka. Ze śpiewem na ustach dotarli nasi pielgrzymi do
kaplicy z cudownym obrazem. Wrażenie było piorunujące, dosłownie
niektórych zwaliło z nóg (oj, niektórzy się wtedy nanosili). Centrum
upragnionego spotkania z Matką Bożą była uroczysta Msza św.
Tak wyglądały początki świebodzińskiego pielgrzymowania GRUPY ZŁOTEJ na
Jasną Górę. Dodać należy, że z roku na rok grupa rosła. Pielgrzymka
stała się tradycją, choć za każdym razem na nowo przeżywaną.
Przemysław Włodarczyk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz